|
Sukces Six Sigma w Raiffeisen Bank
Artykuł został opublikowany w "Manager Magazin", numer
12/2006, autor: Emil Szweda. Oryginał dostępny tutaj.
Premia za zmiany
Emil Szweda
Raiffeisen Bank. Polski oddział austriackiego banku udowodnił, że filozofia
Six Sigmy - użyteczna, zdawałoby się, w firmach produkcyjnych, lecz nie
usługowych - sprawdza się także w instytucji finansowej.
Było mroźne grudniowe popołudnie 2002 r., kiedy Marcin Żółtaniecki, dealer
walutowy jednego z warszawskich banków, ostatni raz tego dnia wcisnął
przycisk "sell", zatwierdzając transakcję sprzedaży miliona
dolarów. Na rynku to niewielka kwota, ale i Raiffeisen nie jest na nim
największym graczem, a w grudniu - jak to pod koniec roku, kiedy budżety
firm są już pozamykane, a dealerzy zarobili to, co mieli zarobić - rynek
nie jest płynny i transakcji zawiera się niewiele. W tej sytuacji 10 tys.
zł, które dealer pozyskał dla swojego banku w ostatniej transakcji, było
całkiem pokaźną kwotą. Na szczęście, traderzy Raiffeisena wykonali budżet
zaplanowany na mijający rok już kilka tygodni wcześniej i wszystko, co
udało im się zdobyć ponad plan, było po prostu dodatkowym zyskiem. Nadwyżką,
która pozwalała z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku i szczyptą emocji,
jakie zawsze towarzyszą ludziom na myśl o miłej niespodziance, czekać
na decyzję zarządu banku o wysokości corocznej premii dla dealing roomu.
Kilka tygodni później i kilkanaście metrów wyżej w swoim gabinecie Piotr
Czarnecki, nowy prezes banku, zdecydował się na radykalne, chociaż mało
przyjemne dla pracowników rozwiązanie. Z wysokości ósmego piętra prezes
banku musi patrzeć na swoją firmę z szerszej perspektywy niż tylko przez
pryzmat wyników jednego z departamentów. A z tego punktu sprawy nie wyglądały
zbyt dobrze. W 2002 r. bank wypracował tylko 2 proc. zwrotu z kapitału,
wskaźnik kosztów do dochodów nadal był niepokojąco wysoki, zaś nowe oddziały
przynosiły mniej zysków niż zakładano. Dlatego Czarnecki nie wahał się
zbyt długo przed uruchomieniem funkcji "wyślij". W liście do
pracowników banku zawiadamiał ich o braku premii świątecznej w wysokości
jednej miesięcznej pensji, która od lat była zwyczajowym bonusem. Jednocześnie
obiecał, że przywróci premie, i to znacznie wyższe, o ile bank oraz jego
pracownicy poprawią efektywność za sprawą wdrożenia zarządzania procesowego.
Dla wielu osób nowe pojęcia brzmiały, mówiąc eufemistycznie, mało zrozumiale.
Większość zapamiętała tylko, że prezes obciął premie i obiecał zamiast
nich gruszki na wierzbie. Ale Czarnecki wierzył w każde słowo napisanego
przez siebie maila. Także w to, że realizacja zamierzeń oznaczała głębokie
zmiany w podejściu do pracy.
- Zgłosiłem się na pilota - wspomina dzisiaj Czarnecki.
To właśnie za jego sprawą austriacka Grupa Raiffeisen zdecydowała
się wypróbować przejście na zarządzanie procesowe w filii w Polsce,
a nie
na Węgrzech czy w Czechach. W 2003 r. Grupa Raiffeisen przygotowywała
się do debiutu giełdowego i sprzedaży akcji za ponad miliard euro,
co miało nastąpić w roku 2004. "Góra" chciała przyszłym akcjonariuszom
zapewnić wizję wzrostu zysków i przedstawić ambitne prognozy wyników.
Jako przyszła giełdowa spółka, Raiffeisen myślał także o optymalizacji
kosztów. Zdecydowano się na Six Sigmę, a Piotr Czarnecki, człowiek, który
dopiero co objął posadę prezesa Raiffeisen Bank Polska, chciał po prostu
udowodnić, że - jak się wyraził - "Polak potrafi być pierwszy".
- Bank i tak przechodził przez okres optymalizacji kosztów - tłumaczy
Czarnecki. - Six Sigma jako system zarządzania jest tylko pewną ideą.
Dążeniem do tego, by procesy uprościć oraz osiągnąć ich powtarzalność
jak najwyższej jakości. I ciągle udoskonalać.
"
Powtarzalność" nie brzmi jednak jak cecha, którą można by przypisać
- wprawdzie wbitym w kierat codziennie-takiego-samego dnia, lecz tylko
- ludziom. A w odróżnieniu od firm produkcyjnych, gdzie za powtarzalność
i jakość odpowiadają maszyny, w bankach pracują przede wszystkim ludzie.
Tak naprawdę Six Sigma zjawiła się w polskim Raiffeisenie znacznie
wcześniej, niż ktokolwiek zadekretował, że bank przejdzie na ten system
zarządzania.
W 2002 r. szeregi pracowników zasiliła Elżbieta Witkowska-Hasny. Przedtem
pracowała już w systemie zarządzania procesowego w amerykańskiej centrali
Citibanku. I wyniesione stamtąd doświadczenia oraz nawyki starała się
zaszczepić w kierowanym przez siebie departamencie obsługi klienta.
Pracownicy tego pionu jako pierwsi przekonali się, czym w zasadzie jest
zarządzanie
procesowe.
- Na początku wszyscy mieli więcej pracy - przyznaje Elżbieta Witkowska-Hasny.
- To, co do tej pory zapisywali na karteczkach i podawali do innych departamentów,
musieli teraz dodatkowo wprowadzać do komputerów, aby procesy można było
monitorować. Każdą czynność trzeba było zapisać, po każdej zostawał ślad
w systemie.
Ludzie jak to ludzie - są przyzwyczajeni do dotychczasowych schematów
działania, więc każda zmiana wywołuje opory. A tu chodziło o zmiany, które
zwiększają liczbę obowiązków, przy trudno zauważalnych wymiernych korzyściach,
np. w postaci wyższych zarobków. Najtrudniejsze do zaakceptowania było
to, że podział zadań na procesy radykalnie zredukował udział tzw. czynnika
ludzkiego w pracy banku. Koniec z błędami popełnianymi przez rozkojarzonych
zakochanych albo rodziców myślących o chorym dziecku. Koniec z odkładaniem
nielubianych zadań na święty nigdy.
- Nadanie każdej czynności charakteru procesu zredukowało rolę pracownika
do bycia jednym z wielu elementów wielkiej maszyny - dodaje dyrektor Witkowska-Hasny.
- Zarazem jednak ograniczyło liczbę popełnianych błędów. Bowiem im mniej
różnorodnych czynności jest do wykonania, tym mniejsze ryzyko błędu.
W istocie - bank poradził sobie ze złożoną naturą człowieka. Upraszczając
i zawężając obowiązki pracowników, uzyskano niemal maszynowo dokładną
powtarzalność procesów. Czynności, które należy wykonać wydając kartę
kredytową, oceniając wiarygodność klienta, zakładając konto, czy nawet
rozpatrując reklamacje, stały się mierzalne. Konto w kwadrans, karta w
dwa dni, odbiór telefonów na infolinii w 15 sekund - i tak za każdym razem.
Setnym, tysięcznym i stutysięcznym. Aż do znudzenia. Aby pracownicy banku
mieli świadomość, w jak ważnym procesie uczestniczą, ich pracodawca wysłał
każdego z nich na szkolenia. Nic w tym nadzwyczajnego. Guru zarządzania
Jack Welch - fanatyk Six Sigmy - jedną decyzją wysłał na szkolenia z systemu
20 tys. pracowników General Electric. Sam zresztą wcześniej poddał się
szkoleniu i doszedł aż do poziomu "black belt", czyli najbardziej
zaawansowanego specjalisty w Sigmie. Piotr Czarnecki ma trochę niższy,
bo "zielony pas".
- Wdrożenie Sigmy wymaga silnego przywództwa w firmie - tłumaczy Czarnecki.
- Ja do dziś jestem liderem wewnętrznej struktury Sigmy w banku. Bez lidera,
naprawdę silnego lidera, to się by nie udało.
Nie można odmówić Czarneckiemu ani racji, ani charyzmy. Obdarzony atletyczną
sylwetką i silnym głosem, spokojnie, lecz stanowczo, tłumaczy zalety zarządzania
procesowego.
- Czyż to nie paradoks, że w banku liczyliśmy pieniądze naszych klientów,
lecz nie mierzyliśmy własnych procesów, a przez to i własnych pieniędzy?
- pyta retorycznie. - To trzeba było zmienić.
Podobnie jak Jack Welch, Czarnecki wysłał więc na szkolenie wszystkich
pracowników swojej firmy.
- Wyszkolenie jednego black belta to wydatek kilku tysięcy - opowiada.
- Dolarów! Dla większości pracowników "uświadamiające" szkolenia
obejmowały tylko jeden dzień zajęć, lecz i tak były dla banku sporą inwestycją.
Nie zawsze, niestety, trafioną. Pracownicy, którzy w Six Sigmie widzieli
tylko zmianę zakresu obowiązków, względnie nadętą filozofię i kolejną
niepraktyczną teorię, zapamiętają dzień szkoleń jako niekończące się godziny
ziewania, wpatrywania się na zmianę w sufit czy tarczę zegarka.
- Na szkoleniu, w którym uczestniczyłem, grupa była wyjątkowo oporna
- wspomina dzień przymusowej edukacji Marcin Żółtaniecki. - Nikt nie zgłaszał
się do odpowiedzi nawet na najprostsze pytania. Prowadzący szkolenia wychodził
ze skóry, ale spotkał się tylko z apatią. Ciężko zapracował na swoje pieniądze.
Pracownicy Raiffeisena stykali się także z innymi przejawami bezduszności
systemu. Dokładność w przygotowaniu prognoz finansowych posunięto tak
daleko, że pewnego dnia wielu z nich znalazło na swoich komputerach prośbę
o wypełnienie arkusza z prognozowaną na rok do przodu - miesiąc po miesiącu
- liczbą wysyłanych listów: zwykłych, poleconych, kurierskich itd.
- Z tymi listami to było trochę inaczej - tłumaczy Piotr Czarnecki.
- Pewnego dnia odkryliśmy, że po banku krąży mnóstwo niepotrzebnej poczty.
Kierownik oddziału gdzieś w Polsce zwracał się np. z prośbą do centrali
o akceptację decyzji wydania karty kredytowej. Niby w porządku, tylko
po co, skoro de facto decyzję o przyznaniu karty i tak wydawano w oddziale.
Na dużych usprawnieniach procesów, ale także na takich drobnych sprawach
i uproszczeniach Raiffeisen Bank Polska zaoszczędził w sumie ponad 7 mln
euro od startu programu Six Sigma do dziś. Właśnie dlatego, że zaczęliśmy
sobie zadawać pytania: po co i dlaczego coś robimy tak, a nie w prostszy
sposób.
Niestety, zadawanie takich pytań jest równoznaczne z podważeniem kompetencji
osób wykonujących zbędne - jak się może okazać - czynności. Wprowadzenie
monitoringu procesowego wywoływało dodatkową presję na ludzi, którzy mieli
prawo czuć się przez system osaczeni. Każdy - nie tylko kierownictwo,
lecz również koledzy z innych działów (a między nimi zawsze przytrafiają
się spięcia, np. na tle tego, kto odpowiada za jakieś niedopatrzenia czy
błędy) - mógł sprawdzić, co zostało zrobione, a co jeszcze nie. I zadać
to pytanie: "dlaczego?".
- Takie były odczucia ludzi - przyznaje Elżbieta Witkowska-Hasny.
Natomiast cel banku był zupełnie inny: chodziło o zbadanie procesów,
sprawdzenie, jak dużo czasu one zajmują, dlaczego w jednym miejscu ta
sama czynność zabiera więcej, a w innym mniej czasu; znalezienie odpowiedzi
na pytanie, co zrobić, żeby pracownicy działali wydajniej. Czy można ich
gdzieś odciążyć oraz - jak podzielić pracę, żeby była wykonywana jak najbardziej
efektywnie. Taki sam cel monitorowania procesów w przedsiębiorstwie widzi
i Piotr Czarnecki.
- Nikt, ani jedna osoba nie straciła posady tylko dlatego, że sprawdziliśmy,
jak właściwie wykonuje swoją pracę - zapewnia prezes banku. - Zbadaliśmy
tylko procesy i zapewniliśmy im powtarzalną oraz wysoką jakość.
Trzeba uczciwie przyznać, że z tą jakością to nie przesada. W 2003
r. Raiffeisen Bank zajął ósme miejsce w rankingu na najlepszy bank detaliczny
przygotowywanym przez tygodnik "Newsweek". W 2004 r. był już
na drugim miejscu, w 2005 r. - na pierwszym. W tym roku utrzymał pozycję
lidera. Słowo się rzekło. Piotr Czarnecki spełnił swoją obietnicę. Wszyscy
pracownicy banku dostali dodatkowy bonus z zysku osiągniętego w roku 2004
i 2005. Ludzie z departamentu obsługi, którzy szczególnie przysłużyli
się pozycji w rankingu, otrzymali jeszcze premię. Kwestia bonusów w firmie
znów stała się dobrym tematem do rozmów jej pracowników. Idea Six Sigmy
- zdawałoby się użyteczna w spółkach produkcyjnych - lecz nie usługowych,
zdała egzamin także w instytucji finansowej. Wyniki Raiffeisena mówią
same za siebie: wskaźnik zwrotu z kapitału oscyluje wokół 30 proc., a
relacja kosztów do dochodów spadła do blisko 50 proc., czyli poziomów
najlepszych w całym sektorze.
Pierwszy naprawdę słoneczny dzień wiosny 2006 r. miał się ku końcowi,
kiedy Marcin Żółtaniecki stanął w progu pubu. Uśmiech szerszy niż zwykle
sugerował, że są szczególne powody do świętowania. Kilka godzin wcześniej
zarząd Raiffeisen Bank Polska przyznał premię dla dealing roomu.
|
 |